Arbuzowe szaleństwo

Lipiec jest dla mnie miesiącem, który poświęcam na wypoczynek, nadrobienie zaległości w gronie towarzyskim i wertowanie książek kulinarnych w poszukiwaniu nowych przepisów.

Książkę „Wielka uczta” autorstwa Erin Gleeson, otrzymałam w prezencie od mojej siostry. Pamietam, że był to czas Świąt Bożego Narodzenia, kiedy świat za oknem pokrywał biały puch. Podczas tych długich zimowych wieczorów z zafascynowaniem przeglądałam barwne fotografie wegetariańskich potraw, zachłyśnięta intensywnymi kolorami i  prostotą prezentowanych kompozycji. Przyznam się szczerze, że wiele razy byłam bliska zakupienia w markecie, importowanych  z ciepłych krajów, owoców i warzyw, aby móc wypróbować nowe przepisy. Postanawiam jednak nie oddawać się pokusie aby nie popsuć pierwszego wrażenia. Tak wiec z utęsknieniem wyczekiwałem nadejścia lata aby móc w pełni cieszyć się smakiem i zapachem sezonowych potraw.

Z czasem pod wpływem stresu i nawału pracy zapomniałam o tej książce i całkiem niedawno podczas porządków na moim regale, wpadła mi ona ponownie w ręce. Tym razem nie musiałam czekać i z zapałem zabrałam się za eksperymentowanie i testowanie.

Jednym z moich ulubionych przepisów a właściwie nie tylko moim, bo chyba wszystkich moich znajomych, jest sałatka z arbuza. To nietypowe połączenie arbuza z ziolami i mozarellą wspaniale sprawdza  się jako Apéro podczas letnich dni.

 

Składniki:

arbuz

mozzarella

świeże zioła (bazylia i mięta)

mieszanka orzechów

gruboziarnista sól

oliwa z oliwek

opcjonalnie ocet balsamiczny
(nie ma  w oryginalnym przepisie ale według mnie swietnie się komponuje)

 

Przygotowanie:

Arbuza kroimy na plastry o grubości 2 cm, usuwamy skórkę i układamy po jednym plastrze na każdym talerzu.

Na wierchu umieszczamy 3-5 plasterków mozzarelli.

Liście bazyli i mięty szatkujemy i przedkładamy na mozzarellę.

Dekorujemy orzechami, ja urzywam najczęściej mieszanki studenckiej.

Całość skrapiamy oliwą z oliwek, ewentualnie octem balsamicznym i posypujemy gruboziarnistą solą.

 

 

Hallstatt – Boże Ciało

Pierszy raz usłyszałam o tym miejscu zimą podczas rodzinnego obiadu w niedzielę. Temat rozmowy dotyczył zupełnie innego wydarzenia, mianowicie święta narcyzów, którzy odbywa się w okolicy Hallstatt.  Po powrocie do domu postanowiłam poszukać w internecie więcej informacji na ten temat i tak dotarłam do zdjęci przedstawiających procesję w Hallstatt. Widok tych zdjęć tak mnie oczarował, że w ciągu najbliższych dni zrodził się w mojej głowie plan wyjazdu. Odrazu zabrałam się za szukanie dogodnego miejsca na nocleg. Muszę jednak zaznaczyć ze był to dopiero styczeń a liczba ofert w przystępnych cenach była już znikoma. Po długich dyskusjach i przejrzeniu dziesiątek ofert zdecydowałam się wraz z moim parterem na nocleg w samym centrum miasteczka w Seewirt – Zauner.

Na miejsce dotarliśmy w środę, po rozpakowaniu bagaży udaliśmy się na mały spacer w celu zasięgnięcia informacji o przebiegu całej procesji. Na początku planowaliśmy, że całe to wydarzenie będziemy obserwować z nabrzeża jednak po rozmowie z właścicielem hotelu, zmieniliśmy zdanie i zarezerwowalismy miejsca na jednej z małych łódek.  Po procesji doszliśmy do wniosku że była to słuszna decyzja, ponieważ mogliśmy z bliska napawać  się tym wspaniałym widokiem i poczuć tą niesamowitą atmosferę.

 

Procesja rozpoczęło się o 9 rano spod kościoła i prowadziła wzdłuż nabrzeża do wyznaczonego miejsca, gdzie czekały na uczestników udekorowane kwiatami i gałązkami brzozy, łodzie. Tutejsze kobiety prezentowały się w trachtach w typowych dla tego regionu barwach: zieleni, pudrowego różu i szarości. Mężczyźni zaś w skórzanych spodniach do kolan, wełnianych podkolanowkach i koszulach w kratę.

Procesja na jeziorze trwała około 2 godzin. Jedna z dwóch ogromnych drewnianych platform zarezerwowana była dla księży, ministrantów i innych znaczących w mieście Hallstatt osób, druga zaś dla orkiestry, której akompaniament towarzyszył nam podczas całej ceremonii.

Dla mieszkańców Halstatt jak również dla innych wierzących chrześcijan w Austrii jest to wyjątkowe wydarzenie. Niektorzy przebywają  setki kilometrów aby chociaż raz w życiu wziąć udział w tej wyjątkowej procesji.

I dla mnie było to wyjątkowe przeżycie, które z pewnością pozostanie w mojej pamięci przez długi czas.

Życie w trybie „slow”

Dzisiejszy wpis powstał przede wszystkim z potrzeby refleksji nad wysłanym stylem życia. W ciagu ostatnich tygodni a może właściwie miesięcy balansowała na granicy wyczerpania fizycznego i psychicznego. Picie kawy przestało być przyjemnością i chwilą relaksu a stało się środkiem dopingującym. Szybkie pięć minut na regenerację sił, podniesienie koncentracji i zwalczenie uczucia senności. Taki stan utrzymywał się przez pewien czas, aż do chwili kiedy mój organizm zaczął protestować i stanowczo powiedział „NIE”. Bezsenność, ciągły stan napięcia i poddenerwoania, kołatanie serca, niestrawność,  problem z koncentracją, zmęczenie i stany depresyjne. Wszystkie te symptomy odsuwałam na bok mówiąc siebie jeszcze trochę, dasz radę, ostanie dni i potem odpoczniesz. Codziennie przed zaśnięciem układałam w głowie „to do listę” na kolejny dzień  i co najciekawsze nie było tam najmniejszej wzmianki o spacerze, kawie  z przyjaciółką  czy leżeniu na kanapie z książka w ręku.  Zaledwie udało mi się zakończyć pierwszy projekt już brałam się za kolejny, nie dając siebie czasu na odpoczynek czy czerpanie radości z tego co udało mi się osiągnąć.

Obserwując siebie i innych doszłam do wniosku że taki styl życia jest chorobą, która dotyka większą cześć naszego społeczeństwa. Chroniczny brak czasu, ciagłe życie w biegu stał się wyznacznikiem statusu społecznego. Z podziwem postrzegamy ludzi, których kalendarz wypełniony jest od 6 rano do 22 wieczorem. Terminy, spotkania, treningi wszystko zapanowane z dokładnością do 5 minut. Sama prowadze taki tryb życia jednak z biegiem czasu dochodzę do wniosku, że mimo wszelkich starań i dokładnego planowania tak naprawdę stracialam kontrole nad własnym życiem.

 

Jak to zmienić i co właściwie oznacza tryb „slow”?

Słowo „slow” pochodzi z języka angielskiego i oznacza wolno, leniwie, niespiesznie. Jednak „slow life” wcale nie oznacza życia w ślimaczym tempie, czy oddaniu się begranicznemu lenistwie. Tak naprawdę chodzi tu o wprowadzenie balansu i harmonii we własne życie. Sztuką życia w trybie „slow” jest świadome uczesnictwo w tym co się dzieje właśnie w danej chwili, zaś śpieszyć sie jedynie wtedy, kiedy naprawdę wymaga tego sytuacja. Życie w ciągłym biegu nie tylko wpływa negatywnie na nasze samopoczucie ale również ma duży oddźwięk w kontaktach międzyludzkich.

***

Notoryczne spoglądanie podczas konwersacji  na tarczę zegarka lub display w telefonie napewno nie sprzyja w zbudowaniu zaufania a jedynie daje do zrozumienia naszemu rozmówcy że tak naprawdę nie interesuje nas to co ma do powiedzenia. 

***

Carpe diem” – czyli chwytaj dzień. Skoncentruj się na tym co dzieje się wokół ciebie i przystań na chwile uciekać myślami w kierunku sterty prania i prasowania jaka czeka na ciebie dom. Nauczy się doceniać chwile obecną. 

***

Znajdź czas dla siebie, odkryj swoje potrzeby na nowo i realizuj je bez wyrzutów sumienia. 

***

Rozwijaj się i czerp radość ze  swoich pasji. 

***

Włącz czasami tryb „slow” cieszy się swoim życiem i  doceniaj samą siebie. 

 

 

Cierpliwość to chyba jedna z cech charakteru, która zawsze była moją pietą Achillesa. Odkąd pamietam czas oczekiwania był męczarnią zarówno dla mnie jak  i dla moich domowników. Tak wiec jeśli chodzi o przygotowywania do wiosny to byłam zawsze pierwszą osoba w moim bloku która z zapałem  brała się za sprzątanie na balkonie i czyszczenie doniczek na kwiaty. Wystarczyło kilka słonecznych dni a moja głowę już zaprzątały myśli jakie rośliny będą zdobić mój balkon w tym  roku.

Często mi się zamarzało ze w kwiaciarni napotykamy mnie surowe i pełne zdziwienia spojrzenia ekspedientek, jak tylko wspomniałam ze chciałabym kupić kwiaty na mój balkon. Za każdym razem powtarzano mi to samo, że to jeszcze za wcześnie, że szkoda moich starań bo napewno jeszcze przyjdą przymrozki. Tak wiec z nosem spuszczonym na kwintę wracałam do domu z nimczym.

W tym tygodniu pełna nadziei i optymizmu postanowialam  w drodze do domu podjąć kolejna próbę.

 

 

Szklarnia wypełniona kwiatami.

 

 

 

 

Pięć zasad codziennego szczęścia.

Pojęcie szczęścia nie jest łatwe do zdefiniowania, co zapewne wynika z faktu, ze dla każdego z nas oznacza coś zupełnie innego. Dla mnie szczęściem jest czas spędzony z moja rodzina albo wspólne śniadanie z moim partnerem, co zdarza się z wyjątkiem weekendów bardzo sporadycznie.  Może właśnie ten indywidualny sposób postrzegania,  jest powodem, dla którego do tej pory nie odkryto złotego srodka na szczęście. Jedno jest pewne, szczęście nie leży na ulicy i nie czeka spokojnie na to aby je znaleść jak również nie istnieje żadna miara, która pomogłaby w określeniu jego poziomu. I chociaż jestesmy tego świadomi, to jednak ciagle zatracamy się w poszukiwaniach i dążeniach do osiągnięcia stanu szczęścia. Ostatnio w moje ręce trafiła książka Reinharda K. Sprenger pod tytułem „Decyzja należy do ciebie”. Autor w świetny sposób pokazuje jak opuscic drogę codziennego niezadowolenia i w świadomy sposób przejąć kontrole nad własnym  życiem.

 

 

 Żyć tu i teraz.  Ważne jest aby w życiu doceniać i dostrzegać „tu i teraz”. Często zdarzało mi się zastanawiać jakby wyglądało moje życie gdybym nie wyjechała z Polski, byłabym szczęśliwsza a może wrecz przeciwie. Ale tak naprawdę nie ma to zupełnie znaczenia. Takie gdybanie i ciagle rozpamietwanie przeszłości albo zastanawianie się nad przyszłością zdecydownie nie poprawi stanu życia a jedynie sprowadzi go do iluzji. Nie da się żyć w tych trzech wymiarach jednocześnie.  Zauważyłam ze, dzięki dostrzeganiu tego co mam i nie skupianiu się na tym co w życiu zrobiłam źle albo jakich szans nie wykorzystałam, poziom moich zmartwień, trosk i strachu zdecydowanie się obniżył. Może wiec warto uświadomić sobie że żadna chwila nie trwa wiecznie i poprostu cieszyc się tym „tu i teraz”.

 

Koniec z porównaniami. To właśnie porównywanie siebie z innymi powoduje spadek własnej samooceny, wpędzaja w kompleksy i niszczy poczucie szczęście.  Na świecie zawsze znajdzie się ktoś, kto jest ładniejszy, bardziej wykształcony, ma piekniejszy dom, lepszą pracę, prowadzi zdrowszy tryb życia czy robi lepsze zdjęcia. Nie można porównywać siebie z kimś innym bo każdy z nas jest unikatem. Jedyne porównanie jakiemu możemy się poddać jest to ze samym sobą. Dzięki temu mogłam zauważyć i docenić jak wiele zmian zaistniało we mnie samej. W porownaniu z moja osobą tą z przed paru lat mogę być dumna z osiągnięcia tego, co kiedyś było dla mnie nie do wyobrażenia i to właśnie sprawia że jestem szczęśliwa.

Dać coś od siebie nie oczekując nic w zmian. Każda z nas wie dokładnie co oznacza słowo zobowiązanie. Moim problemem z jakim przez długi czas się zmagałam było dokładnie uczucie wdzięczności. Tak naprawdę w życiu nie chodzi o to ile można otrzymać, tylko ile można od siebie dać. Często zapomniany o tym i wpadamy w spirale niespełnionych oczekiwań. Jesli wyświadczasz komuś przysługę, nie oczekuj zapłaty, chyba ze było to wcześniej uzgodnione.  W przeciwnym wypadku może to doprowadzić do niepotrzebnych spieć i nieporozumień.

Pewności siebie. Jako dorosła kobieta mogę uznać etap zwątpienia i niepewności za zamknięty, ale  jako młoda dziewczyna często podporządkowywałam się zasadom jakie panowały w gronie moich przyjaciół czy znajomych. To co inni myśleli na mój temat było najważniejsze. Teraz wiem kim jestem kiedy spoglądam w lustro i nie muszę nic nikomu udowadniać. W życiu nie osiągnie się szczęścia uszczęśliwiając wszystkich naokoło swoim własnym kosztem. Wiara w samego siebie i życie w zgodzie ze swoim sumieniem jest najważniejsze bez względu na to co inni myślą.

Pokochaj to co robisz. Z pewnością dużo łatwiej jest powiedzieć rób to co kochasz niż pokochaj to co robisz. W życiu jednakie nie zawsze jest tak jak sobie to wymarzyliśmy, ale to nie powód aby bezustannie narzekać i koncentrować się na tym czego nie jesteśmy w stanie  zmienić. Z pewnością nie jest to łatwe i wymaga dużo pracy na samym sobą, jednak z takim podejściem możesz zapobiec  frustracji, niezadowoleniu i depresji.

 

Makaron z krewetkami pomidorkami koktajlowymi i świeżą bazylią 🌿

Mam nadzieje, te udało wam się chociaż trochę odpocząć w te świata i nadrobić zaległości towarzyskie w gronie rodziny i przyjaciół. Ja spędzam ostatnie wolne chwile na nauce,  już za pare dni czeka mnie kolejny egzamin, wiec stosy książek i notatek panosza sie w całym domu. Trochę z lenistwa,  a może z potrzeby odetchniecia i nabrania wiatru w skrzydła odkładałam naukę na ostatnią chwile. I tak jak  to zwykle w życiu bywa, nadszedł ten moment, kiedy muszę naprawdę zakasać rękawy i brać się do roboty. W takie dni jak te nie mam za wiele czasu na gotowanie. Istotne jest aby było to coś ciepłego, co mogę ugotować w 15 minut i nie obciążyło zbytnio mojego procesu trawiennego. W przeciwnym wypadku zamiast daleszej nauki mogłoby się to  zakończyć  leżeniem na kanapie przez następną godzinę.

 

Składniki na dwie porcje

200g Krewetek mrożonych lub świeżych
120g makaronu
10 pomidorków koktajlowych
1 czerwona cebula
kilka listków bazylii
oliwa z oliwek
ser typu Feta
pieprz
sól

 

Przygotowania rozpoczaman od zagotowania wody na makaron. W miedzyczasie nastawiam piekarnik na 200 stopni C. Blachę do pieczenia wykładam papierem. Do gotującej, osolonej wody dodaje łyżeczkę oliwy z oliwek i wkładam makaron, delikatnie mieszając aby nie przywarł do dna garnka. Krewetki wyjmuje z zamrażarki, przekładam na sitko i przepłukuje ciepła wodą. Następnie usuwam pancerzyki i ogonki. Pomidorki koktajlowe kroje na połówki, cebule w ósemki a ser typu feta w paski. Wszystkie składniki wykladam na blachę. Przyprawiam odrobiną soli i pieprzem, skrapiam oliwa u oliwek i dekoruje listkami bazylli. Blachę wdowami do piekarnika na 5 minut.  Nastepnie makaron mieszam z krewetkami i podaje.